Majówka kamperem 2018: dzień 8 i 9 Spilimbergo i powrót

Pamiętniki z podróży

Wszystko co dobre szybko się kończy, banał, ale prawdziwy. No niestety, trzeba wracać, a przed nami ostatnia w tym roku, a przynajmniej w maju, włoska kawa, włoskie lody, a potem dłuuuuga droga do domu. To ta najgorsza część wyprawy, bo trzeba jechać, jechać, jechać.

[sc name=”podroz”]

Dzień 8

Korzystamy z tego, że jesteśmy jeszcze we Włoszech i planujemy szybki wypad na lody. Zatrzymaliśmy się w Spilimbergo, lubię to miejsce. Jest tu świetny postój (w tym roku już symbolicznie płatny). Budzimy się rano, wyglądamy i co tu się dzieje? Tłumy ludzi 🙂 Otóż dziś sobota i dzień targowy. Tę zagadkę rozwiązujemy po chwili, bo najpierw nie wiedziałam czy znowu jakiś festyn czy cóż to ściągnęło tyle osób.

Można sobie kupić kwiaty do ogródka (np. krzak pomarańczy :)), ale też pieczywo, sery i nugat. Pan zachwala nam, że twardy jest lepszy niż miękki, a ja zawsze wolałam miękkie torrone! W końcu kupujemy dwa i kierujemy się na lody.

Jak zwykle jakieś orzechowe – ohhhh jakie one dobre! A potem ostatnia włoska kawa, dla mnie cappuccino – uwielbiam. Rozkoszujemy się ostatnimi chwilami we Włoszech i zbieramy siły przed trasą. Co tu dużo mówić czeka nas długa droga.

Jeszcze szybkie zakupy i koło południa ruszamy. Kolejny postój planujemy na obiad gdzieś w Austrii, mamy ze sobą zapas pysznych włoskich tortellini więc nie zginiemy 😉

Droga mija nam dobrze, choć monotonnie, poza tym dziś mocno wieje, więc czuć to w kamperze (bardziej potrafi bujnąć). Za to kolejny raz odkrywamy, że w tą stronę jest jakoś bardziej z górki 🙂 Po obiedzie jedziemy dalej i dalej. W zasadzie niewiele się dzieje, robimy jeszcze jakiś postój, bo dzieci muszą się wybiegać. Dziś chcemy dotrzeć na nocleg w Czechach. Mamy tam „swój” sprawdzony punkt.

Niestety już po zmierzchu światła innych samochodów wybudzają jedno z dzieci, które mocno narzeka na fotelik przodem. Bo widzisz, w foteliku tyłem dziecko miało co zrobić z nogami, serio, serio, mogło je podkulić, związać na kokardkę, niedbale zarzucić. A teraz te nogi dyndają! I okazuje się to wielką niedogodnością 😉 Ja to rozumiem, ale to tak podrzucam jako anegdotkę na temat „co z tymi nogami w RWF„, bo okazuje się, że tam było lepiej.

Tak czy tak szukamy postoju i nocujemy gdzieś w Austrii.

Dzień 9

Rano budzi nas… rowerzysta w stroju ludowym grający coś na trąbce, który jeździ po okolicy i właśnie gra 😉 Nie pytajcie, nie całkiem wiem dlaczego, może znowu jakiś festyn? W każdym razie mamy wczesną pobudkę i po śniadaniu ruszamy dalej.

Aby nasz plan wypalił musimy się sprężać, po drodze trzeba ogarnąć kampera (odkurzyć, umyć, by oddać względnie czysty), opróżnić szarą wodę, oczyścić WC, zatankować itd. Około 15:00 docieramy do Pszczyny, a potem przepakowujemy się do naszego samochodu. Presja spora, bo dzisiaj teść jeszcze ma pracę, więc musimy się wyrobić.

I tak ogarniamy się i kierujemy w stronę Warszawy omijając wszystkie korki, jakie wskazuje nam GPS. Wieczorem padamy w domu ze zmęczenia, o dziwo dzieci też. Jutro zrobimy im wolne aby mogli pobawić się wszystkimi zabawkami, za którymi tęsknili 😉

Dzięki za wspólny czas przy relacjach! Do kolejnego razu.

  • Korzystasz z moich wpisów? Zobacz moje przewodniki i poradniki.