Dojeżdżamy tu po obiedzie. Miejsce natychmiast skrada nasze serducha. Odpinamy rowery i ruszamy.
[sc name=”inny2″]
Jakoś docieramy na niewielki kemping. Tutaj w namiocie obok jest zrobiona izolatka covidowa (!). Wygląda to trochę dziwnie. Ale rozumiem, że musi być takie miejsce w razie czego.
Parkujemy, odpinamy rowery i ruszamy. Wokół jeziora jest ścieżka rowerowa, około 12-14 km (liczniki pokazują nam różnie). Bardzo, bardzo ładna.
Jest dość pusto. Przez chwilę mam wątpliwości, czy nie lepiej byłoby popłynąć na Supie, ale jednak wygrały rowery i dobrze. Gdzieś w połowie drogi zaczyna padać deszcz. Nie jakiś duży, ale na rowerach to nas nie rusza, a na wodzie pewnie byśmy musieli zejść na brzeg.
Szukamy bobrów, podziwiamy kaczki. Jedziemy na czynne lody, a potem kończymy na pomoście podziwiając widok z wieży do skakania.
Gdzieś tu obok podobno jest jeszcze jeden punkt kamperwoy, co odkrywamy na miejscu, ale mimo wejścia na teren i poszukiwań, nic nie znaleźliśmy. Zatem zostajemy na naszym. Jutro pogoda ma być paskudna, więc chcemy być w drodze, akurat zużyjemy ten dzień na podróż.











